24 maja 2014
Testujemy testujemy!
Natsu ocknął się, czując lodowate zimno. Pomimo okropnego dudnienia w czaszce, uchylił powoli powieki. Rozejrzał się. Pomieszczenie podobne do celi, tylko, że inne. Na nieco zdrapanych ścianach, z których już dawno poodpadał tynk, widniały zaschnięte plamy krwi. Tuż pod jedną z nich stał niewielki stolik a obok niego stare krzesło z połamanym w pół oparciem. Niewielkie okno zasłonięto blachą z wywierconymi dziurami. Szarpnął się by wstać, jednak w porę zatrzymały go stalowe łańcuchy na jego nadgarstkach. Co jest, co cholery? Szybko zorientował się, że leży na zaśmierdłym materacu, z którego wychodziły sprężyny i nieprzyjemnie uwierały go w pośladki. Poczuł w ustach metaliczny smak. Dotknął swojej twarzy a nagle jego palce ubrudziła lepka, szkarłatna ciecz. No pięknie. Prawdopodobnie ma rozcięty łuk brwiowy a do tego czuł, że i złamany nos. Wszystko niemiłosiernie go bolało. Każda najmniejsza część ciała odmawiała współpracy, piętnując to dodatkowo okropnym bólem. Westchnął ciężko. Co to za miejsce? Nagle usłyszał cichy klik zamka ciężkich, stalowych drzwi naprzeciw, których jakoś wcześniej nie zauważył. - No no no, kogo my tu mamy. Komisarz Natsu Dragneel, we własnej osobie! Do sali wszedł wysoki mężczyzna o jasnej karnacji i niedbale rozmierzwionych, brązowych włosach. Zręcznie chwycił połamane krzesło i postawił je przed policjantem, po czym odwrócił je oparciem do gościa i usiadł na nim okrakiem. - Czego, do kurwy, chcesz? I co to za miejsce?! - Oj Natsu, może grzeczniej. Nie poznajesz starego kumpla? Chłopak skrzywił się nieco. Brązowooki ciężko westchnął i teatralnie złapał się za głowę. - Współpracowaliśmy razem tyle lat a ty tak szybko o mnie zapomniałeś? - Co ty tam pierdzielisz? Natsu zmierzył go ostrym spojrzeniem. - Nie wiem, o co kurwa tu chodzi ale pobicie i przetrzymywanie wbrew woli jest karalne. Mężczyzna pokręcił przecząco głową, cmokając. - Widzę, że pieski zdążyły Cię wyszkolić na swego. No cóż, nie sądziłem, że ty i gliny tak szybko się zgadacie. Pamiętasz może akcję w Oshibanie, kropnęliśmy jednego dilera, który zamiast sprzedawać towar sam zaczął go brać? - Niemożliwe... Dragneel wytrzeszczył oczy. - Dobengal? - Bingo! Nasz mały komisarz otrzymuje sto punktów za poprawną odpowiedź! Zaśmiał się obleśnie. - Co taki zdziwiony? A może zły? Złość piękności szkodzi. Poza tym zamknęliśmy Cię w tej norze na polecenie szefuncia. Nie moja wina. - A niby czyja, kurwa? Mruknął pod nosem. - A no właśnie twoja. Gdybyś nas nie zdradził i nie odszedł do psiarni, nie byłoby nas tu dziś. Różowowłosy spuścił głowę w dół i zamknął oczy. W jednej chwili cała przeszłość wróciła. Bolesna przeszłość. Wszystko to, czego tak bardzo żałował. Zabójstwa, napady, rozboje, wyciąganie haraczy, kradzieże... Można było to porównać do drewnianego kołka, który trafiał prosto w serce. Chciał zapomnieć. Wymazać błędy przeszłości. Jednak ona wciąż powracała. Nieraz i budził się z krzykiem w nocy, przez senne koszmary. Teraz, kiedy spotkał Dobengala, stare czasy wróciły dwukrotnie wzmocnione. Spojrzał na swoje zakrwawione dłonie. Czy on... trząsł się ze strachu? Nie, nie przed szatynem. Przed starym sobą. - Stare dzieje. Warknął. - Czego chcecie? - Głupio się pytasz. Przekręcił oczami, wyciągając broń z kabury, którą wymierzył w głowę Natsu z niesamowitą precyzją. Po chwili rozbawiony schował pistolet z powrotem i położył brodę na nadgarstkach. - Mówiąc krótko, masz przejebane. Kiedy się na nas wypiąłeś, mogłeś się liczyć z konsekwencjami. Złamałeś przysięgę, święte zasady, panie komisarzu. Miałem Cię za porządnego człowieka a Tobie widocznie pojebały się kanarki w mózgu. Prychnął. - Wyszedłem na prostą. Powinieneś zrobić to samo. - O żesz ty... Ale jaja! Brązowowłosy gruchnął śmiechem, z trudem powstrzymując płacz. Kiedy dostrzegł kamienną twarz więźnia, zaniemówił. - Nie no, ty tak na serio? Westchnął. - Naprawdę upadłeś i widocznie zapomniałeś definicję honoru. W jednej chwili gangster wyciągnął z kieszeni czarny telefon komórkowy i zaczął klikać coś na klawiaturze urządzenia. - Co ty robisz? - Piszę sobie do twojego kumpla. Wiesz, właśnie załatwiłem Ci kilka dni wolnego, cieszysz się? Czekaj... Siema młocie, po ostatniej akcji w tamtym barze coś źle się czuję, chyba mnie rozłożyło na dobre. Mógłbyś przekazać komendantowi, że biorę L4? Może być czy zbyt sztywno? Siadł po turecku i w ponurym milczeniu patrzył w ścianę. Mafioza również przekręcił się na krześle i pogrążył się w zadumie. Więzień... Nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się stracić wolności. Czuł, że mury napierają na niego. Ponownie się rozejrzał. Sala była pusta, żadnych sprzętów, tylko na kamiennej podłodze poniewierały się strzępki ludzkich włosów. Pod sufitem wisiała pojedyncza słaba żarówka, wokół której latało kilka much. W powietrzu widział parę ze swojego oddechu. Minus pięć albo chłodniej, pomyślał. Skrzypnęły zawiasy i do środka weszło jeszcze dwóch osiłków. Drzwi natychmiast zamknięto, po czym usłyszał jedynie huk rygli a potem suchy trzask. Chyba kłódka. Natsu westchnął bezradnie, nie wiedząc co robić. - Obiad, gnoju. Blondyn rzucił w niego twardą bułką a drugi towarzysz podłożył mu pod stopy miskę wody. No pięknie, warknął w myślach. Czyli zniżyłem się do poziomu konia. Albo gorzej. - Jakieś wieści od Dona? Spytał Dobengal, podchodząc do feralnej dwójki. - Póki co, mamy trzymać go przy życiu do powrotu szefa. Chce sam się z nim rozliczyć. - A wiadomo, kiedy wróci? - Najwcześniej za kilka dni. Do tego czasu możemy się z nim bawić ale tak, żeby nie przesadzić. Czyli zostało mu kilka dni. Jęknął żałośnie. Mimo wszystko, próbował przypomnieć sobie wydarzenia ostatniego wieczoru. Pożar w kuchni, kolacja u... Lucy? Dobrze pamiętał. Później trochę wypili... Chciała go uwieść? Potem wejście tych przydupasów bossa Szablozębnych... Skoro tak, dlaczego nie był w stanie się poruszyć? Sprawka alkoholu... Nie... Narkotyki? Ale jak... Nic nie rozumiał. Tymczasem gdy dwójka gangsterów wyszła, Dobengal ponownie rozsiadł się na krześle, wlepiając gały w zamyśloną twarz więźnia. Szybko rozgryzł, nad czym tak uporczywie rozmyślał. - Pewnie zastanawiasz się, jak się tu znalazłeś, hm? Natsu spojrzał na niego pytająco. - Kojarzysz może taką blondynkę, duże cycki, długie nogi, dupcia jak marzenie? - Lucy? - A ja zawsze zapominam... W każdym razie znasz. Przypomnij sobie akcję w barze. Naprawdę myślałeś, że spotkałeś ją tam przypadkiem? Nic bardziej mylnego. Ta mała suczka pracuje dla nas. Na początku szefuncio chciał zrobić z niej uroczą panienkę pracującą w burdelu ale z czasem znaleźliśmy dla niej lepszą robotę. Ma nabierać takich naiwniaków jak ty, na tę swoją śliczną buźkę i odgrywać królewnę w opałach. To, że Rogue ją szarpał i ona przyjebała mu w dyńkę butelką... wszystko było ukartowane. Specjalnie miała Cię omotać i jakimś sposobem zaciągnąć do jej chaty. Tam wsypała Ci do żarcia ectasy i do tego nalała winka, przez co biedny nie mogłeś się ruszyć ani pokapować o co biega. Potem straciłeś przytomność i tak znalazłeś się tutaj. Myślałem, że jesteś nieco mądrzejszy. Już zapomniałeś naszej zasady, uważaj komu ufasz? Nie mógł w to uwierzyć. Że niby Lucy miała okazać się zdrajczynią? Ta zadziorna ale jednak mimo wszystko, miła dziewczyna? Niemożliwe... Prawda okazała się zbyt bolesna. Może jednak faktycznie zrobił się aż zbyt ufny, przez bycie stróżem prawa. Przecież starał się stawać w obronie słabszych to i tych słabszych chronił ale żeby Heartfilia mogła zagrać w taki sposób? Z zamyślenia wyrwało go bolesne uderzenie w twarz. Po chwili drugie. Bił tamten gangster. - Co?! Odruchowo zasłonił się dłonią. Trzecie uderzenie zawisło w powietrzu. - Słuchasz co do Ciebie mówię?! Ryknął. - Myślałem, że zupełnie odleciałeś. Zmieniam się z chłopakami. Wstał z zamiarem wyjścia, jednak jeszcze odwrócił się w stronę starego przyjaciela i powiedział ściszonym głosem: - Trzymaj się jakoś. Ja osobiście nie chowam do Ciebie urazy ale oni... Zatrzymał się na chwilę i westchnął. - Powodzenia, Natsu. Zauważył, jak brązowowłosy wychodzi i zamyka za sobą żelazne drzwi. Jestem zwierzęciem, pomyślał. Zwierzęciem zamkniętym w ciasnej komórce i skazanym na egzekucję... Potarł o siebie skostniałe dłonie. Rano najpewniej obudzi się z katarem, jutro zejdzie mu w oskrzela a za cztery, pięć dni będzie miał regularne zapalenie płuc. Później wykituje albo go dobiją. Wreszcie przysnął. Obudził się, czując, że kostnieją mu palce u stóp. Wsadził dłonie pod pachy i ruszał stopami. Nadal było mu potwornie zimno, ale jakoś dało się wytrzymać. Znów przysnął jednak po chwili się zbudził, zdrętwiały na skutek bezruchu. Usłyszał przeraźliwie zgrzytnięcie zawiasów. Podniósł się nieco, by dostrzec wchodzących do pomieszczenia dwóch mężczyzn, jeden drobnej a drugi wręcz przeciwnej postury. - Wstawaj, idziemy. Powiedział blondyn. Nie miał siły. Rozpięli kajdany i poderwali Natsu z ziemi, zmuszając go by wstał. Wyprowadzili go z sali i prowadzili gdzieś przez ciemne, obskurne korytarze. Gdzie nie gdzie potrafił dostrzec biegające szczury, wielkości małego psa. Był żałosny. Nie potrafił nawet kiwnąć palcem. Wiedział, że teraz jest skazany tylko i wyłącznie na łaskę mafii. Doskonale zdawał sobie również sprawę z faktu, że uciekając od Szablozębnych tak naprawdę nałożył na siebie wyrok. Teraz to było bez znaczenia. Sądząc po twarzach oprawców, zdążył się zorientować, że idzie wprost na tortury. Trudno. Mogą go katować, odzierać z dumy, poniżać. Nie mogą go zabić, przynajmniej do póki nie zjawi się Don. Więc miał czas. Ile? Ledwie kilka dni. Może uda mu się nazbierać w tym czasie sił. Na razie jednak musiał martwić się o to, czy zdąży przetrwać te kilkadziesiąt godzin w jednym kawałku.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)